10 lutego 2012

Jest taka historia...


Jest taka historia, którą zdecydowanie lepiej się czyta niż ogląda... I to własnie ta historia. To moje pierwsze wrażenie po lekturze nowej książki wydawnictwa Literatura, poświęconej Januszowi Korczakowi. 


Czekałam na tę książkę z lekką niecierpliwością. Wiadomo, że po ogłoszeniu roku 2012 Rokiem Korczaka, na rynku obserwować będzie można sporo różnych "korczakowskich" realizacji. Beata Ostrowicka jest dość sprawną pisarką, której utwory trafią w zapotrzebowanie przedszkolaków i dzieci kilkuletnich (ten wycinek jej twórczości mamy "przetestowany"), wydawnictwo Literatura ma zaś określoną wizję jak książka dla dzieci powinna wyglądać. Co z tego wyniknęło?


Jest taka historia, którą słyszałem już wiele razy. To pierwsze zdanie opowieści, którą snuje Jasiek, 9-latek. Choroba i konieczność leżenia  w łóżku, opiekująca się nim prababcia jest pretekstem do przypomnienia jej opowieści. Jasiek słyszał ją już kilka razy (co ma uzasadniać niektóre zwroty włożone w usta 9-latka), powtarza ją, a w trudniejszych momentach włącza się prababcia Frania. To z grubsza rys konstrukcyjny, na którym opiera się historia Domu Sierot przy ul. Krochmalnej i opowieść o pojawiającej się postaci Janusza Korczaka. 

Historia prababci Frani - sieroty staje się sposobem na wprowadzenie kilkuletnich czytelników w świat, w którym mają poznać idee autora "Króla Maciusia I". Z naiwnej, dziecięcej perspektywy widzimy budynek sierocińca, a także postać Panadoktora (tak dzieci nazywają Korczaka) i Stefy Wilczyńskiej. Może stąd to rażące mnie i upraszczające ujęcie ich postaci?




A więc Korczak staje się "tatą", który wędruje nocą po sypialniach, uspokaja i budzi tych, którzy mogą się zmoczyć... Rozumiem, że to w jakiś sposób ma ułatwić dzieciom zrozumienie sytuacji, ale z drugiej strony - naiwność narracji Jaśka zostaje przełamana kilkakrotnie włożeniem mu w usta zdań typu: To był raczej dom niż "placówka opiekuńcza".
Moim dzieciom nie przeszkadzało to w lekturze, mnie jednak razi widoczna niekiedy niekonsekwencja konwencji i pewne uproszczenia.



Czyta się tę książkę wartko i płynnie. Jasiek przenosi się "w czasie" i dzięki wplatanym opowieścią prababci - razem z nim "zwiedzamy" Dom Sierot. To za jego pośrednictwem i małej Frani poznajemy reguły, które wprowadził Korczak: obowiązki i prace (dyżury), w których każde dziecko brało udział, skrzynkę na listy, prośby i petycje; zeszyt dla tych, którzy chcieli się bić...

Jest tutaj humor i ciepło, "anegdoty" bliskie życiu dzieci, bo i Jasiek przekłada wszystk,o co słyszy o Panudoktorze na swoje doświadczenia. Tylko po co do tej prostej, urokliwej opowieści dodawać  już natrętnie dydaktyczne hasła: Korczak - "przyjaciel dzieci", "przyjaciel niedorosłych ludzi", "dorosły z duszą dziecka", "twórca nowoczesnych koncepcji wychowawczych", "organizator wzorcowych placówek opiekuńczych"?! 
To babcia recytuje te epitety, a Jasiek powtarza i "układa sobie w głowie". Zgrzyta mi to i przypomina powieści produkcyjne okraszone duchem socrealizmu. 

Patrząc na 6-latka i 4-latkę widzę, że bardziej wartościowe jest ta opowieść, którą mogą przełożyć na swoje życie - konieczność spisywania umowy w przypadku dziecięcych wymian (żeby uniknąć nieporozumień), sąd koleżeński (bo Michał i Tymek mnie zaczepiali i śmiali się ze mnie...), możliwość pisania do gazetki o wydarzeniach ważnych dla dzieci (a nie tego, co za istotne uznają dorośli)...

Oprócz faktów z Domu Sierot narracja przypomina o książkach, które stworzył Janusz Korczak (i dla dzieci - z biblioteki Jaśka, i dla dorosłych - z biblioteki babci Frani) i o jego prawdziwym nazwisku, a także o wszystkim, czym Pandoktor się zajmował. Ciekawe jest to, że opowieść o praktyce i prowadzeniu Domu Sierot zmierza do pokazania go jako autora audycji, odczytów, bohatera artykułów... Zmierza także do tego, czego obawiają się dorośli mówiąc o Januszu Korczaku - do okrucieństwa wojny, getta i ostatniego marszu na Umschlagplatz. 





 Napisałam, że książkę Beaty Ostrowickiej lepiej się czyta niż ogląda... I muszę się z tego wytłumaczyć: "Jest taka historia" jest kiepsko wydane (marny papier), razi mnie feeria pomysłów na naiwne ilustracje Joli Richter-Magnuszewskiej i brak koncepcji edytorskiej, jak to wszystko poskładać. Rażą mnie pojawiające się uproszczenia. Ciekawym zabiegiem jest pokazanie getta za murem z drutem kolczastym, z jednym domem, wyróżniającym się "niebiańsko rozmarzonymi" oknami. Jednak nie jest to estetyka, którą ja sobie cenię. Za dużo, za dosłownie, za banalnie...

"Jest taka historia" jest jednak książką potrzebną. Bo przybliża dzieciom postać Janusza Korczaka. Bo tacy Jaśkowie i takie "prababcie Franie" żyją w realnym świecie.  A obok jest mnóstwo miejsc, które były świadkami historii. Jeśli zechcemy posłuchać, znajdą się Ci, którzy zechcą opowiedzieć. Banalne?


Dziękuję wydawnictwo Literatura za udostępnienie książki.

"Jest taka historia. Opowieść o Januszu Korczaku" Beata Ostrowicka, il. Jola Richter-Magnuszewska. Wydawnictwo Literatura, Łódź 2012.





3 komentarze:

Buba pisze...

Witam

Polecam tę recenzję na swoim blogu:
http://bajdocja.blogspot.com/2012/02/prosba-twojego-dziecka-janusz-korczak.html

Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko temu ;-)

Pozdrawiam.

poza rozkładem pisze...

"Buba" :) Linkowanie i cytowanie jak najbardziej możliwe.

PS. W stopce: Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Attribution-NoDerivs 3.0 Unported.

Buba pisze...

Dzięki ;-)
Dokleiłam link do książki w wydawnictwie.
Pozdrawiam :-)