6 grudnia 2014

Kupa siku

Znacie Dyla Sowizdrzała?  Poczucie humoru nie opuszczało go nawet na łożu śmierci. Wykorzystując okazje do końca, postanowił zrobić kawał i księdzu. Napełnił  dzban gównem i przykrył go złotymi monetami, zastrzegając, żeby ksiądz nie zagarniał datku garścią zbyt głęboko. Co robi zachłanny kapłan? Łatwo przewidzieć...
Jeśli pada hasło "literatura sowizdrzalska" zazwyczaj w komplecie jest termin "plebs". Czy to przestroga? Dla kogo?!




Był sobie raz królik, który umiał powiedzieć tylko JEDNO…
Mam ostatnio wrażenie, że albo się starzeję i coraz bardziej odstaję od świata. Albo po prostu tylko to drugie (pobożne życzenie!). Zaczyna mnie dotykać rozdźwięk międzypokoleniowy, a może przede wszystkim – stwierdzenia, że konstruktywna krytyka jest „hejtem” i nie ma co się czepiać, jeśli „czytelnicy ciepło przyjmują” to czy tamto. Próbuję więc zrozumieć. Dopytuję dzieci. Przyglądam się.

„Kupa siku”. Przyznaję: jestem bezradna. Totalnie nie wiem „po co”. Dopytuję dzieci „o co chodzi?!”. Wzruszają ramionami, bo chyba są już (?) poza tym:kupa siku zamienia się na pierdu śmierdu. I oto cała historia. Czemu ma służyć?

 
Rozumiem zjawisko folkloru dziecięcego. Potrafię zachwycić się jego groteskowością, nierzadko surrealizmem. Przyjmuję do wiadomości, że przychodzi czas na różne odmiany poczucia humoru i różnie jest to interpretowane. Podobno, kiedy dziecko zaczyna kontrolować swoje wypróżnianie kupa to pierwsza materia, którą „ma” na właśność. Chwali się. A bywa, że zechce się podzielić. Poza tym kupa – to najbardziej demokratyczna materia świata. Podobno  - można nawet pisać o niej erudycyjnie, formując diagnozy o naszej cywilizacji. „Ciemna materia”* ma nawet moc kulturotwórczą. Czym więc dzieli się z nami Stephanie Blake, autorka serii o niesfornym króliczku?

Na scenę wkracza aktor – mały króliczek, który potrafi mówić tylko jedno „kupa siku”. Przy stole. Do mamy. W łazience do siostry. Od razu jest oczywistym, że został wyznaczony do bycia figurą kilkuletniego dziecka. Sprawa trochę się komplikuje, kiedy pojawia się wilk. Króliczek, po raz kolejny prezentując swoją niesforność, przy wilczym pytaniu „czy mogę Cię zjeść?”,  zostaje ukarany. Pożarty. Razem ze swym niewyparzonym językiem. „Kara” zostaje jednak zmultiplikowana. Zjedzenie króliczka także powinno do niej doprowadzić. Pierwszą klęską, która spada na wilka jest… "Kupa siku"

Potem jest gorzej – bo nie dosyć, że wilk czuje się źle (kara nr. dwa), to jeszcze lekarz, który do niego zostaje wezwany okazuje się… królikiem (i kolejna kara). Tatą królikiem. Duży królikiem. Takim, który niczego  się nie boi i zaczyna szukać (w rozwartej paszczy, bo nie od dziś wiadomo, że rozcinanie zwierzętom  brzucha w bajkach jest „niehumanitarne”). Co na to powiedziałby Freud i jego uczniowie?

Króliczek zostaje rzecz jasna uratowany. Nie jest to  jednak  koniec jego przygód. Bo „morałem” ma być chyba to, jak zwraca się do niego ojciec i jakie imię dostaje po wyciągnięciu z czeluści wilka. Do niedawna królujący dydaktyzm nakazałby skończyć tę bajkę w  momencie przykładnego zjadania „pysznej zupy” (daruję sobie skojarzenia z jej kolorem). Ale spora cześć współczesnych twórców (i sztaby redakcyjne) nauczyli się, że dziś, książka dla dzieci, ma kończyć się zaskoczeniem, odwróceniem kota ogonem (i gdzie wtedy możemy mu zajrzeć?) i zagraniem dorosłym na nosie. Nici z taniego pouczania dzieci…. Wtedy powinniście wybuchnąć gromkim śmiechem i dzieciom udowodnić, jakimi  fajnymi „dorosłymi” jesteście. I jak potraficie się „zakumplować” ze światem dziecięcej kultury. „pierdu śmierdu!”





Tego ostatniego aktu próbuje – za wszelką cenę –  dokonać  Stephanie Blake. Wykorzystuje konwencję bajkową i jednocześnie – łamie jej reguły. Wprowadza morał, rodem z XIX dydaktycznych wierszyków, by za chwilę go wyśmiać.  Kreuje współczesnego dziecięcego bohatera – niepokornego i odpornego na dydaktyzm, każąc dorosłym nie tylko pogodzić się ze stanem „dziecięctwa”, ale i - zakumplować (choć jest tutaj niekonsekwencja z wilkiem "kupa siku").  

Ma to swoje konsekwencje: to dorosłym zostaje utarty nos, a najlepszym co mogą zrobić – wg sugestii odautorskich – jest  po prostu „bycie jak dzieci”. Czyli bawić się. Problem polega na tym, że książka Stephanie Blake nie jest dziecięcą zabawą (i badaniem możliwości językowych), a zabawą dorosłego, która wyznacza sobie miejsce: dostarczenie rozrywki w takim stylu, w jakim jest na nią popyt rynku.  A może to wykreowana potrzeba? Jaka intencja kryje się więc za powstaniem tej książki?  Warto (znowu) sięgnąć po „Skonsumowanych” czyli „Jak rynek psuje dzieci, infantylizuje dorosłych i połyka obywateli” (Benjamin R. Barber, wydawnictwo Muza.

Trudno mi pogodzić się z opiniami, że to książka niczym „powiastka filozoficzna” – zachęta do „nie-polerowania dzieci” czy oferta dla tych „co nie lubią czytać” (bo jednak to rozrywka i to w dodatku „niegrzeczna”). Sporo część docenia wizualną stronę „Kupy siku”, wyraziście definiującą  adresata na poziomie najmłodszych dzieci. Chciałabym, żeby przyszła tutaj i refleksja nad  rolą dorosłego (i figur bohaterów, i sylwetki autora i temu, co robi książka dorosłemu pośrednikowi). Wielkie słowa o kulturze i celach, jakie stawia sobie społeczeństwo – daruję. Z jednym się zgodzę: wbrew pozorom nie jest to książka, która traktuje o sprawach fizjologicznych.


"Kupa siku" tekst i ilustracje: Stephanie Blake, tłumaczenie: Joanna Rzyska. Wydawnictwo Dwie Siostry, 2014.

* "Ciemna materia. Historia gówna" Florian Werner, tłumaczenie: Elżbieta Kalinowska. Wydawnictwo Czarne, 2014. 



19 komentarzy:

momarta pisze...

Ależ znakomita analiza Ci wyszła!:)
Ja z tych, co nie mieli tej książki w ręku, choć o niej słyszeli, jednak uznali, że jeśli nie muszą, to nie chcą. Kto więc wie, może gdybym sama ją przeczytała, uznałabym że to genialna powiastka filozoficzna:) Dobrze mi jednak tak, jak jest.
Jestem z tych, którzy nie drżą, mówiąc przy dziecku "dupa" i "kupa". Ba! Moje dzieci też wypowiadają niekiedy te straszne słowa. Mam i czytałam "O krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę" i całkiem dobrze się przy tym bawiłam. Myślę sobie jednak - kierując się na bardziej przyziemne niż Twoje tory - że "Kupa siku" nie jest dobrą książką dla małego czytelnika. Bo żeby bawić się językiem i umieć go używać (w tym także przekląć siarczyście, gdy sytuacja tego wymaga, ale tylko wtedy), trzeba najpierw dowiedzieć się, jakie obowiązują w tej mierze zasady. Dopiero gdy się je dobrze pozna i wytrenuje, można zacząć uczyć się je łamać. Z tego, co opisałaś, wynika że przeszliśmy do etapu drugiego, zanim doszliśmy do środka pierwszego. To mi nie pasuje.
(A wizualnie ta książka nie pasuje mi jeszcze bardziej, ale to już zupełnie inna historia)

Joanna Guszta pisze...

Podobno dla dzieci język jest takim samym źródłem zabawy jak wszystko wokół, dlatego wypowiadają wyrazy dla samej przyjemności słuchania ich dźwięku, a powtarzalność sprawia, że frajda jest jeszcze większa. Dodatkowo "kupa, siku" zyskuje na mocy przez to, że nie pasuje do norm dorosłych w takich sytuacjach jak obiad, czy rozmowa z nieznajomym i wprowadza zamęt. Ma jakieś nieuchwytne ale wyczuwalne konsekwencje, które dziecko może wywołać niezależnie od tego czego oczekiwaliby dorośli. Wydaje mi się, że to książka o afirmacji zabawy, odkrywaniu przez dzieci sposobów posługiwania sie językiem dla własnych celów, wolnych od przewodnictwa dorosłych. Dlatego na końcu jest pierdu śmierdu. Jestem zdziwiona, tym, że mnie to tak rozbawiło ;D Mimo tego nie umiem sie zdecydować czy to dla mnie dobra czy zła książka. Wyobrażam sobie, że może podobać się dzieciom. Pozdrowienia!

asaszan pisze...

Ja też z tych, co książkę znają tylko z internetu, ale jakoś nie marzę o bliższym spotkaniu. Zupełnie mnie tego typu litetatura nie bawi, a jej największym problemem jest zacieranie granic między właściwym a niewłaściwym zachowaniem. Dziecko, szczególnie tak małe jak adresaci tej pozycji, nie rozumie jeszcze pojęcia żartu językowego (na jakim poziomie on by nie był) i wszystko, co spotyka na swojej drodze, traktuje jako normę. Twoja recenzja bardzo mi się podoba, bo dotyka sedna problemu. Też się zastanawiałam nad celem tej książki, doszłam do wniosku, że pewnie miało być zabawnie, ale ten rodzaj dowcipu mnie nie bawi i wcale nie chciałabym, żeby bawił moje dziecko. A już szczególnie, żeby był przez nie traktowany jako norma. Może jestem sztywna i konserwatywna, ale widzę negatyne efekty zbyt wczesnego wprowadzania dzieci w pewne obszary kultury popularnej czy języka (sama też narozrabiałam z moim synem) i są one niezwykle trudne do wyplenienia.

poza rozkładem pisze...

Nie jestem także purystką językową. Potrafię także się uśmiechnąc nad rozmaitymi żartami moich dzieci (!).
"Kupa siku" to jednak zupełnie inna "bajka" niż "Kret" Erlbrucha. Trzeba kupę umieć nosić z wdziękiem i sensem. Tutaj tego sensu nie widzę. Zresztą nie tylko ja. Podczas wczorajszych wieczornych rozmów (przy stole, chacha) m.in. o tej książce i apokryficznych historiach o pieluchach Jezusa 9-latek ładnie podsumował "Kupę siku". Niestety, ciężko mi powtórzyć jego spontaniczne wytykanie braku sensu i (nie wiem na ile świadome) wytykanie, że tego typu zabiegi (przełamywanie konwencji-bunt przeciwko nim w postaci wilka i dużego królika?) są dla małego "dzidziusia" nie-do-odczytania. Po co dorosłym takie ksiązki?

poza rozkładem pisze...

Asiu, Twoje słowa :)
>>dkrywaniu przez dzieci sposobów posługiwania sie językiem dla własnych celów, wolnych od przewodnictwa dorosłych<<
I mnie właśnie zastanawia, dlaczego dorośli chcą zawłaszczyć ten teren. I go wykorzystać. Do jakich celów?
Może to niezbyt fortunne zestawienie "Konsumpcjonizm" i "kupa". Ale to mnie właśnie zastanawia.

Można "Kupę" wykorzystywać z sensem (Nicola Davies i Neal Layton; Erlbruch). Można wkraczać do dzięcięcego fokloru nie bardzo wiedząc "po co" i "dla kogo" (jeśli chodzi o poziom idei, nie zarobków).

Nie oceniam tej książki w kategorii "dobra-zła", raczej jestem na etapie zadawania pytań "po co"?

Z pozdrowieniami :)

poza rozkładem pisze...

Nie wiem czy jesteś sztywna i konserwatywna ;)
Ja konserwatywna na pewno nie jestem :) A i mnie, i z tego - co widzę "domowe" dzieci - książka nie bawi. Ale one nie są docelowym adresatem. Czy ja nim jestem?

Generalnie - jeśli przyjrzeć się tematowi, to mam ostatnio wrażenie, że temat "kupy" (hmm dosadniej rzecz ujmując to "gówno") rozlewa się po kulturze ;)
Jeśli przyglądać się temu z perspektywy historycznej (literatura/kultura sowidrzalska czy plebejska) to może znak demokratyzacji? Ale czy faktycznie to takie "rewolucyjne"?

Pewnie na "Kupę, siku" można by spojrzeć właśnie w ten sposób (wpis Asi Guszty) - łamanie konwencji. Tyle że problem polega właśnie na tym, że potencjalny adresat (zakreślony przez typ ilustracji) nie ma raczej jeszcze poczucia "normy".
I teraz kolejne pytanie: czy kultura dla dzieci stawia sobie jakieś cele czy ma służyć wyłącznie rozrywce...

Nieparyż pisze...

O matko, dziękuję za ten wpis. Zastanawiałam się, dlaczego jestem taką sztywniarą i co mi nie gra w "Kupie siku". Preferuje rabelaisowskie podejście do człowieka, a ta książka jest taka... zaprogramowana. I mało zabawna. To mi przeszkadza w wielu książkach dziecięcych: wyznaczenie na adresata dziecka, podczas gdy treści są nieprzyswajalne dla dziecka. Bo żeby książka się sprzedała, rodzic-snob musi się bawić lepiej.

poza rozkładem pisze...

Ooo, widzisz, grono "sztywniar" się powiększa :)
Pozostaje mi cieszyć się, że nie jestem sama. Ale trzeba chyba czasem powiedzieć "król jest nagi" ;)

Anonimowy pisze...

Mnie natomiast książka bardzo się podoba - jest zabawna, świetnie narysowana i odnosi się do dość irytującego zwyczaju kilkulatków - powtarzania "brzydkich" słów (u mnie w domu - nagminne). Książka jest tłumaczeniem z francuskiego, gdzie dzieci właśnie często z głupia frant mówią "caca-boudain", stąd kupa-siku. BTW, wspomnianego powyżej dziewięciolatka zapewne historyjka bawić nie będzie. Oraz: nie staram się nikogo przekonać, bo jeśli nie zachwyca, to nie zachwyca i już! :-)

Pani Zorro pisze...

Ja także muszę przyznać, że książka mnie bawi; ubawiła także moje dzieci, jedno sześcioletnie, drugie dwunastoletnie; a w czasie wspólnej lektury rżeliśmy nieprzyzwoicie. Zastanawiam się właśnie, jak to ująć w słowa nadające się do obrony naszej radości z niej? Przede wszystkim, nie dostrzegam w tej książce tak prostej koniukturalności, cechującej inne „analne produkcje”, ponieważ nie podszywa się pod wyższe cele, nie próbuje wysiudać rodziców, nie motywuje swojej egzystencji morałem (którego nie ma, jak sama wspomniałaś) - jest gagiem, jednozdaniowym dowcipem rozciągniętym do miary książki. I tu można zadać sobie pytanie, czy warto. Być może nie. O ile zgodzę się z faktem wkraczania rodziców na nie swoje pole (ale dzięki temu mamy także książki dwuadresowe, które wznosimy pod niebiosa), o tyle nie zgodzę się, że dzieci nie są w stanie docenić zabawy słowem, także w kontekście jego adekwatności, bądź też nie. Zabawa słowem to oczywiście forma inteligencji, na skrzyżowaniu z poczuciem humoru, doświadczeniem, nie wszystkich śmieszy to samo. Myślę, że “króliczek” jest także ostrzem (dowcipu) przeciwko dzieciom, poniekąd prześmiewa konserwatywną postawę kupa-siki (w takiej wersji funkcjonuje w naszym domu, no bo tak, to był dodatkowy element przyciągający - moje dzieci posługują się tym niewyrafinowanym skrótem myślowym od dawna). Poniekąd pierdu-śmierdu jest jakąś progresją. ;) W każdym razie w przeciwieństwie do innych „analnych produkcji” ten królik nie udaje, że jest wzniosły. Co ważne nie podbija konfliktu dorosły-dziecko. Jest dowcipem. I chyba to sprawia, że go akceptuję. Co mnie martwi, jak Annę? Krytyka równana z „hejtem” (co to takiego?), naciski na tych, którzy mówią czemuś nie. A w kulturze dziecięcej martwi mnie podszywanie się rynku pod konflikt dorośli - dzieci, wypieranie dorosłych i umieszczanie w tym miejscu „wyrozumiałych marek” (a to jeszcze inna ciekawa książka Joela Bakana). Tak na marginesie: o wiele bardziej mierzi mnie ciężka staromodna literatura niemiecka z cyklu „potworne maluchy”, też z DS. Jest o czym dyskutować.

poza rozkładem pisze...

Jak widać poniżej nawet starszych może bawić (jednak :) Ale skoro chodzi o "irytujący" zwyczaj to po jeszcze dokladać książkę?

poza rozkładem pisze...

> o wiele bardziej mierzi mnie ciężka staromodna literatura niemiecka z cyklu „potworne maluchy”
to także,
> jest o czym dyskutować
i owszem, tylko liczę na wolną chwilę

poza rozkładem pisze...

A więc masz poczucie konieczności usprawiedliwienia, że ta książka bawi Was? ;)

Nie przeczyłam, że "kupa siku" może śmieszyć. Zadaję sobie jednak pytanie "po co" w taki sposób? (nie zapominając o - także ważnej - funkcji rozwrywkowej)
Przywołanie lit. sowizdrzalskiej/plebejskiej nie przypadkowe, także w kontekście cytatu, który niedawno został przywołany przez Ciebie Pani Zorro:

>>> Na zakończenie należy podkreślić, iż lokalizacja literatury dziecięcej na tle literatury powszechnej nie jest sprecyzowana raz na zawsze. Może ona ulegać zmianom w zależności od celów jakie dane społeczeństwo stawia przed wychowaniem w ogóle. I tak na przykład w społeczeństwach i okresach nastawionych na cele pragmatyczno-socjalizujące rozwija się przede wszystkim literatura dziecięca o przewadze funkcji dydaktycznych mających doraźne zastosowanie. W społeczeństwach i okresach nastawionych konsumpcyjnie-rynkowo literatura nastawiona jest przede wszystkim na zaspokojenie manifestowanych już potrzeb czytelniczych, ze szczególnym uwzględnieniem aspektu rozrywkowego. W społeczeństwach zaś, gdzie dominują intencje wydobycia z jednostki maksimum jej niepowtarzalnych wartości - literatura o przewadze funkcji estetycznych i intelekturalizujących.[...] (Joanna Papuzińska)

Królik nie udaje, że jest wzniosły, bo zupełnie tego nie chce. On ma być "nisko". I nie jest to "przykucnięcie", żeby zobaczyć perspektywę dziecka. A przykucnięcie - i udawanie, że jesteśmy dziećmi.

Nie łączyłabym także (faktycznie lubianej przez nas) idei książki otwartej i dwuadresowej z tym, co dzieje się w "Kupa siku". Co ten "gag" ma do powiedzenia dorosłym? I czy faktycznie "nie podbija konfliktu dorosły-dziecko"?

Nadal nie mam odpowiedzi "po co ta ksiażka"?

//jako lekturę do poduszki wezmę się chyba za "Przegląd narzędzi do pomiaru poczucia humoru" ;)
>>> https://www.kul.pl/files/1024/Roczniki_Psychologiczne/2010/2/RocznikiPsychologiczne_13_2010_nr2_s73-100.pdf

Pani Zorro pisze...

No w tym kontekście, tak. Gdy ktoś krytykuje, a ciebie nie dość, że śmieszy, to jeszcze rechoczesz, czujesz się zobowiązany do usprawiedliwienia swojego zachowania. Nie mam niestety książki pod ręką. Dla mnie to taki komiksowy strip w książce.

Pani Zorro pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Pani Zorro pisze...

Jeszcze raz, bo to małe okienko komentarza nie pozwoliło mi zdiagnozować kilku literówek:
"Aha, jeszcze o tym szeroko reklamowanym poczuciu humoru. Zauważyłam, że żarty słowne, które uprawiam ze swoimi dziećmi rzadko śmieszą szerszą grupę, czyli wszystkich jego kolegów. Jak to się mówi: nie czają. Widocznie inny styl funkcjonowania intra i interpersonalnego prezentują, jak również światopogląd, cytując ciekawy przegląd, który podlinkowałaś. Uważam, oczywiście, że mam niesamowite poczucie humoru, ten mit wyrósł z przekonania mojego ojca (podobno objawiłam to w trzecim roku życia; ojciec nie mógł stwierdzić tego wcześniej, bo dopiero po moich drugich urodzinach pozwolono mu przekroczyć granicę Polski). To poczucie humoru odziedziczyły naturalnie moje dzieci. Córka już w drugim miesiącu życia śmiała się do rozpuku z pomidora,a w trzecim śmiała się z fotografującego nas jej ojca (on, kurka zdjęć robić nie potrafi). Taka jest nasza sytuacja. Jesteśmy skazani. Damned."

Bi Bi pisze...

To książka ze specyficznym poczuciem humoru, nie każdego musi bawić.
A do dzieci na ogół trafia.
Pozdrawiam:)

lilybeth pisze...

Oglądałam ją, wydawała mi się dość zabawna dla dorosłego, ale nie przekonała mnie jako lektura dla dziecka. Za to nabyłam drugą część "Ja nie chcę do przedszkola", która jest bardzo prostą historyjką o tym, że króliczek bardzo nie chciał tam pójść, a jak już poszedł, to bawił się tak dobrze, że nie chciał wyjść. Moja dwulatka ją uwielbia i domaga się, żeby jej "citać o Heniu" ;) Grupa docelowa to moim zdaniem właśnie 2-3 lata.

wieloświaty pisze...

Zastanawiałam się właśnie nad nabyciem. Dziękuję za tę opinię - pomogła mi podjąć decyzję. Czukam czegoś sensownego w temacie - czy mogłabyś coś polecić? Nabyłam "Kupa. Kupa. Kupa" Czarnej Owieczki, ale żadne puenty nie dostrzegam.