10 marca 2011

"Czarny Młyn"

Krwawa okładka najnowszej pozycji Marcina Szczygielskiego została zmieniona na krótko przed premierą. Mocno karmazynowy kolor zamieniono na bardziej ponurą wersję. Mój syn zaglądając mi przez ramię ocenił "Czarny młyn" po nowej - mocno mrocznej okładce jako "książkę pewnie straszną". Czy taka jest faktycznie?





Przyznam się od razu - do tej pory byłam wielbicielką książek dla młodzieży napisanych przez Szczygielskiego. Pisałam niedawno o "Omedze". Czytałam "Za niebieskimi drzwiami",  przypominające powieść grozy, choć konwencja tutaj ewoluuje.  Jak sytuuje się na ich tle "Czarny młyn"? Z krótkich notek można wyczytać, że to "horror" w dodatku dla "młodocianych czytelników" (czy tylko mnie to się kojarzy z rubryką kryminalną?). Ciekawa jestem jak zostanie odebrany i czy możliwe jest to, że jakaś nauczycielka zaproponuje "Czarny młyn" jako lekturę dla gimnazjalisty...

We wszystkich opisach książka Szczygielskiego, nagrodzona na II Konkursie Literackim im.Astrid Lindgren, kreowana jest jako powieść grozy trzymająca w napięciu, "strasząca", co podobno lubi współczesna młodzież (i co niektórzy diagnozują jako efekt odcięcia  w dzieciństwie od baśni ).

Mnie jednak nie pociągnęła i nie uwiodła tak bardzo jak "Omega" czy (do pewnego momentu) "Za niebieskimi drzwiami". Zdobyła mnie czymś innym, co autor  sprytnie przemyca "pomiędzy wierszami", pod powierzchnią kreacji głównego bohatera i narratora w jednej osobie  - jedenastoletniego Iwo i w dedykacji - podziękowaniu z ostatniej strony.

"Czarny młyn" wydał mi się książką dziwną i niekonsekwentną, w której "przyjemność" z fabuły (dreszczyk strachu i niepewności, mroczny nastrój wydarzeń) psuje sposób prowadzenia narracji. Język, który właściwie od razu obudził we mnie opór. Opowieść o garstce dzieciaków z zapomnianej wioski (choć leżącej w centrum Polski) prowadzi jedenastoletni chłopiec, a czyni to językiem dziwnie dojrzałym, nieprzystającym ani do warunków, w których się wychował, ani do jego wieku. Zdziwiła mnie ta niekonsekwencja, bo Szczygielski w swych poprzednich powieściach ujął mnie swym warsztatem i bogactwem środków, które poważnie i na serio podsuwał nastoletniemu czytelnikowi.

Narrator opowieści, Iwo, opowiada o miejscu, które jest, ale go właściwie nie ma. Młyny, w których mieszka razem z towarzyszami swych zabaw - piątką innych dzieci  - to miejsce, gdzie wszystko nie jest takie, jak być powinno. Wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić, że nie działają tu telefony, radio, komputery, telewizja. Nie chcą mieszkać zwierzęta i rosnąć rośliny. Wszystko to jednak jeszcze daje się racjonalnie wytłumaczyć - Młyny zamknięte są w dziwnym trójkącie pomiędzy autostradą, lasem trakcji elektrycznych (rozchodzących się na całą Polskę), mokradłami z toksycznymi odpadami i zrujnowanym po pożarze kombinatem z tytułowym Czarnym Młynem.

Co więcej, Ci, którzy tu zostali zdążyli już się przyzwyczaić do tych anomalii i oswoić z pułapką, w której są zamknięci. Dorośli nie mogą stąd uciec, bo są za biedni,  pozbawieni nadziei i odwagi, pogrążeni w poczuciu skazania na to miejsce, a dzieci nie znają innej możliwości. Żyją "normalnym" dzieciństwem - wymyślając przeróżne zabawy, chodząc do szkoły, bywa, że walczą z poczuciem "bycia gorszym", tęsknią za tymi, którzy próbowali zawalczyć o lepsze życie (ojciec Iwo emigruje za pracą do Norwegii; rodzice prawie dorosłego Pawła do Niemiec, inni znikają na całe dnie albo tydzień i wracają tylko na weekend).

Tak naprawdę sytuacja mieszkańców Młynów to metafora losów wszystkich tych, którym przyszło żyć w takich "miejscach przeklętych" i zapomnianych. I tylko dzieci, głuche na mamiący zgrzyt przeklętego Czarnego Młyna, potrafią zawalczyć o przyszłość. Znamienna jest pierwsza scena, otwierająca powieść - Piotrek, Natalka, bliźniaki - Justyna i Karol, Iwo ze swą niepełnosprawną siostrą Melą leżą, znużeni upałem, bawią się dmuchawcami. Porównują siebie do  nasionek, które mogą odlecieć "na dobry kawałek ziemi" i stać się mleczem albo (rozbijając tę wizję "poetycko-dziewczyńskich głupot" jak mówi Iwo) nie wierzą,że można stąd odlecieć.

Dziwne lato i wakacje, które spędzają razem, przynoszą jeszcze więcej anomalii niż te, do których wszyscy się przyzwyczaili - momentami absurdalne i śmieszne (suszarka wypełzająca z domu i pochód wiejską drogą innych sprzętów AGD)  - napełniają powoli dzieci przerażeniem. Tym większym, że dorośli, którzy mieli być opoką, instancją, do której można zwrócić się po wsparcie,  najpierw ich lekceważą, a potem - znikają. To piątce dzieciaków mniej i bardziej rezolutnych, mądrzejszych i żyjących z głową w chmurach przypada misja ratowania Młynów. I wcale nikt  z nich nie rwie do tego, aby być bohaterem. Zwłaszcza Iwo, wybrany na przywódcę i zaskoczony tym, jak inni postrzegają jego "zwyczajność".

W momencie, kiedy spiętrzające się anomalie doprowadzają dziwność do zenitu - brak wody, padający śnieg i mróz w lipcu, zanik elektryczności, samoistne uruchomienie zdewastowanego młyna, zniknięcie dorosłych - dzieci kawałek po kawałku odkrywają zagadkę i próbują znaleźć rozwiązanie.
To Iwo, najbardziej oczytany ("ten, który przeczytał wszystkie książki w bibliotece"), z najlepszymi pomysłami na zabawę i wyobraźnią, zdeterminowany w misji ratowania matki, wraz ze swą dziwną niepełnosprawną siostrą, potrafią wyznaczyć kierunek, który ma przynieść wybawienie wiosce. Jedenastoletnie chłopiec, obdarzony nietypowym imieniem i wyjątkową przenikliwością potrafi nie tylko podjąć decyzję o wyprawie, ale i zdiagnozować metaforyczną sytuację wioski:


"Czarny młyn" to książka dziwna. Reklamowana jako horror (bo to się dobrze sprzedaje?), sprawnie budująca nastrój grozy ponurej rzeczywistości, zaskakuje już na pierwszych stronach a to naiwnością, a to - zbytnią dojrzałością języka narracji. 
 Momentami robił na mnie wrażenie raczej gry z konwencją  i wykorzystania pewnych schematów do napisania prozy "społecznie zaangażowanej", co w publicystyce ładnie bywa nazywane "Polską klasy B". 
"Czarny młyn" budzi moją nieufność - zaklasyfikowanie go jako powieści grozy wydaje się zbyt proste, z drugiej strony - metaforyczna duszna atmosfera Młynów i możliwość symbolicznego potraktowania niektórych wątków gdzieś się rozmywa w łatwym finale. Jeszcze inny trop podsuwa dziwnie dojrzała postać Iwo, "który przeczytał wszystkie książki w bibliotece" i podziękowanie autora skierowane do nauczycielek - polonistek, które miały nauczyć autora kochać książki i  rozumieć sztukę. 

Joanna Papuzińska nazwała "Czarny młyn" czymś w rodzaju rodzimego horroru i kazała się przyzwyczaić do niekiedy brawurowych pomysłów autora. Dostrzeżono w "Czarnym młynie" to, że nastoletni czytelnik może odnaleźć w nim to, co lubi (podobno) najbardziej. Czy oprócz grozy i horroru zobaczy coś jeszcze? Mnie tym razem Marcin Szczygielski ujął społecznym wydźwiękiem metaforycznej grozy, figurą oczytanego Iwo, którego podziwiają pozostałe dzieci, postacią dziwnej, niepełnosprawnej i zagadkowej Meli i tym, że "modna" konwencja wydaje się być pretekstem do powiedzenia ważnych rzeczy. 

"Czarny Młyn" Marcin Szczygielski. Wydawnictwo Stentor, Warszawa 2011. 

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Czy wiesz może gdzie można posłuchać tej książki za darmo. Na jakiej stronie? Jak tak to proszę o link

poza rozkładem pisze...

Nie wiem.
Wolę czytać :)