6 grudnia 2016

Święta dzieci z dachów




Spodziewałam się, że wydawnictwo Zakamarki, które przyzwyczaiło już do takich „literackich” kalendarzy adwentowych, ponownie, po „Prezencie dla Cebulki” dotknie istotnego społecznie tematu. 


Bieda w sytej i szczęśliwej Szwecji?! Dom dziecka?!  Samotne i nieszczęśliwe dzieci z niego uciekające?! Rodzice – pijacy, i to bijący swoje potomstwo?! Porzucenie dziecka? Bezdomność? Żebracy?! Tęsknota za ciepłem i bezpiecznym kątem własnego domu???!!!





Czy brzmi to jak scenariusz do bożonarodzeniowej opowieści?! Czy znowu to te smutne historie, których wcale nie chcemy czytać dzieciom, zwłaszcza podczas radosnego oczekiwania? Jak możecie wyczytać w sieci, większość recenzentek uspokaja – dostaniecie porcję oczekiwanego ciepła, przytulności, ukojenia i opowieści o sile wiary…

Wszystkie „okruchy rzeczywistości” znajdziemy gdzieś w tle w „Świętach dzieci z dachów”. Opowieść podzielona na 24 rozdziały trochę niespodziewanie dla mnie, (zbyt?) łatwo odchodzi od tego, co subtelnie napomknięte i staje się „bardziej” fantastyczną historią ratowania Świętego Mikołaja. Z rozgrzewającą zupą z dzikiej róży i ryżem na mleku pachnącym cynamonem. A może jeszcze czymś więcej?

Trójka niczego nie podejrzewających  uciekinierów z domu dziecka spotyka go na dworcu kolejowym w Sztokholmie. Wtedy jeszcze jest po prostu bezdomnym, żebrzącym staruszkiem z brudną brodą, a  Mago, Stella i niezwykły chłopczyk, na którego wszyscy czekają – Issa  powoli odkrywają jego problemy. Znaczącą rolę odgrywają przy tym tytułowe dzieci z dachów, a zwłaszcza przewodniczka po ich świecie – Pirania. Pojawia się jeszcze inna ważna postać – właścicielka sklepu „Domek dla lalek u Miriam”. Znaczących imion, odwołań literackich i kulturowych jest znacznie więcej.

Czy „Święta dzieci z dachów” mają być prostą opowieścią o sile nadziei? Zapowiadały się na historię utkaną z kulturowych – w tym silnie biblijnych odniesień. Przyjrzałam się różnym wpisom poświęconym tej książce, nie znalazłam pytań o znaczenie małego „cudownego” chłopca o wiele mówiącym imieniu Issa, refleksji nad postacią narratorki Stelli, „oprowadzającej nas” i oświetlającej zakamarki opowieści niczym ta mityczna gwiazda…  Zatrzymajcie się na chwilę przed imieniem Miriam. Skąd się wzięło? I dlaczego, jej wątek, szkatułkowo zbudowany z podwójnym domkiem dla lalek staje się  kolorową, pachnącą oazą w ciemnym Sztoholmie? Dlaczego  „dzikie dzieci”, mieszkające ponad realnością, zaludniają –  niezauważone– dachy miasta? I co wspólnego ma z nimi „Lindgrenowski” Karlsson, będący utrapieniem dorosłych? Co dzieje się z tym światem w dole, pogrążonym w mroku, pełnym zmierzających dokądś ludzi, w którym tak wyraźnie brakuje najmłodszych?!

Moja szybka, „Mikołajkowa”  lektura „Świąt dzieci z dachów” szybko przechodziła od etapu „realizmu” do oniryczności i fantastyki. I lekkiego zagubienia. Pod pierwszą – fabularną – warstwą kryje się jeszcze sieć odniesień, tak ładnie wydobywanych i tkanych także przez ilustracje Liny Bodén. Dokąd zmierza  ta opowieść adwentowa, obliczona na oczekiwanie i odliczanie?  Każdy z czytających przemierzy ją zapewne swoją drogą. Nie wiem tylko czy autor się w niej nie zagubił… 




„Święta dzieci z dachów” tekst: Mårten Sandén, ilustracje: Lina Bodén, tłumaczenie: Agnieszka Stróżyk. Wydawnictwo Zakamarki, 2016.


4 komentarze:

Pan Czytacz pisze...

"Większość recenzentek uspokaja" - hmmm, czy jestem jedynym recenzentem w tym gronie? Pozdrawiam.

poza rozkładem pisze...

Widzisz, na początku napisałam "recenzenci", po czym przemyślałam sprawę i statystycznie wychodzi jednak, że "recenzentki"...
Zwłaszcza, jeśli chodzi o uspokajający ton "że jednak to pachnąca Świętami opowieść".
A Ty, Panie Czytaczu, jesteś jednak w mniejszości :)

gratymena pisze...

Trochę mi się to kojarzy z Dziewczynką z zapałkami. Interesuje mnie ta książka, już wcześniej ją oglądałam, ale wychodzi mi, że raczej sama dla siebie chciałabym przeczytać. A w tej sytuacji muszę poczekać, aż będzie w bibliotece.

poza rozkładem pisze...

@gratymena Tak, kilka osób przywoływało także "Dziewczynkę z zapałkami", tyle że Andersen był realistą w swej baśniowości...

Wiesz, to książka na podstawowym poziomie przyjemna dla dzieci... Wszystko dobrze się kończy (choć za szybko i do końca nie wiadomo dlaczego po co tyle kłopotów wcześniej)...