20 maja 2013

Jak wychować półgłówków

Liczę na to, że to chwytliwy tytuł posta. Podyktowany impulsem, pozbawiony "chwili namysłu" i głosu rozsądku. Podsunięty przez jednodniową nieobecność i nadrabianie szkolnych zaległości. Szkoła z klasą... Co zrobić, by miała klasę, trzymała pewien poziom? Dziś kliniczny przypadek jak podręcznik może ogłupiać. Co można zrobić z przyzwoitą książką. I jak opowieść przy wsparciu autorytetu "podręcznika" i szkoły zamienić w tchnący banałem koszmarek.



Nie wiem czy wiecie jak wyglądają szkolne "podręczniki" w nauczaniu wczesnoszkolnym.  "Nam" (czyli 7-latkowi i mnie - do strawienia) trafił się zestaw "Odkrywam siebie. Ja i moja szkoła": 10 części, rozpisanych co do aktywności, zadań, szlaczków, czytanek. A wśród nich to, co wzbudziło nasze ostatnie dyskusje: spotkanie ze streszczeniem (?!) książki, która jest nam znana z powodu sympatii dla ilustracji Piotra Fąfrowicza.




"Leon i kotka"  to wspólne dzieło Grażyny Ruszewskiej (tekst)  i Piotra Fąfrowicza (ilustracje), opublikowane przez już nieistniejące (niestety), łódzkie wydawnictwo Fro9.  Książka ta, wyróżniona w konkursie IBBY "Książka Roku 2004" (kategoria tekst i ilustracja), zebrała także inne nagrody oraz została wpisana na prestiżową listę "Białych Kruków" prowadzoną przez Międzynarodową Bibliotekę Książek dla Dzieci w Monachium. Sam miód jednym słowem.

Szlachetna prostota tekstu i obrazu. Subtelnie budowana atmosfera zacisznego domu, dobrostan kociego życia Leona, który burzy niespodziewane pojawienie się znajdy. Nowa sytuacja wobec której trzeba się opowiedzieć, którą trzeba zrozumieć, odnaleźć się. Świat nie był taki sam, jak przed godziną. Leon próbuje "przepracować" nową sytuację wobec nowej, młodszej, bezbronnej i zagubionej istoty w jego domu. Konstrukcja opowieści oczywiście prowadzi do dość dramatycznego zwrotu akcji i szczęśliwego finału. który w urokliwy sposób, uciekając od dosłowności pokazują ilustracje. Ważną rolę odgrywa tutaj tykanie zegara, słowa Ady, porządek życia i konieczność opowiedzenia się wobec nowych wyzwań. Uczucia i niedopowiedzenia. Wszystko to, co sprawia, że tekst staje się literaturą a obraz ilustracją. Razem budując całość zwaną książką.











Niektórych dorosłych może to zdziwić, ale dzieci potrafią wczuć się w subtelności słowa i ilustracji, które zgodnie i z klasą budują atmosferę opowieści. Pierwszoklasista czy kilkulatek nawet jeśli nie wytłumaczy (bo nie ma kompetencji językowych) to zrozumie historię, która stać się może metaforą czy parabolą* życiowych przypadków niejednego dziecka.

Tymczasem "nasz" podręcznik serwuję taką oto "sztukę książki". Na podstawie publikacji, która jest wspólną pracą autorki tekstu - Grażyny Ruszewskiej i ilustratora (który jak widać już nie jest uznawany za współautora książki "Leon i kotak") - Piotra Fąfrowicza  "ktoś" powołał do życia "zadanie" dla dzieci.




Polecam przyjrzenie się "subtelnością" streszczenia, zasadności i sensowności pytania do tekstu. Miłosiernym milczeniem pominę "sztukę" ilustracji, którą niestety podręcznik "Odkrywam siebie" serwuje nam na co dzień. 7-latek wnikliwie dopytuje dlaczego Leon pełen obaw uśmiecha się na poniższym obrazku i wygląda na całkiem zadowolonego.



Jako matka chłopca i dziewczynki chciałabym się także dowiedzieć dlaczego trzeba podkreślać "waleczność" i samczość Leona (jak dużo poezji i subtelności jest w jego wielkości wobec strasznego psa) i płeć Kotki ozdobionej (a jakże)czerwoną kokardą.

Czy takie oswajanie pierwszoklasisty z tekstem literackim ma zbudować nasze "kreatywne", myślące społeczeństwo? Hmm... pobudzenie do myślenia, analizy, nauka krytycznego czytania (słowa i obrazu),  samodzielność w wysnuwaniu wniosków. Rozumienie tekstu (obojętnie czy będzie to poezja czy tekst umowy kredytowej). Nawet jeśli zapewnimy każdemu dziecku dostęp do szkoły w wieku wybranym i chcianym przez rodziców czy nauczy go tego obecna szkoła? Może warto o to zawalczyć?



* w sprawie "metafory" i "paraboli" polecam odwołać się do swoich szkolnych zasobów wiedzy ;)


20 komentarzy:

Mama Kangurzyca pisze...

Oszsz kurde, dramat :/

ag pisze...

dobry tekst! też mnie to często wkurza, nagminnie "spłaszcza" się (tudzież szkoła spłaszcza) każdy powiew uczuć, zabija atmosferę i niweluje intelektualny wysiłek wkładany w zrozumienie książek. eeech...

momarta pisze...

Mój Starszy korzysta z podręczników tego samego wydawnictwa - jesteśmy w drugiej klasie, więc od patrzenia na obrazki teraz przestały mnie już boleć zęby, ale w ubiegłym roku było ciężko. To prawda, że książka do subtelnych nie należy, a tok myślenia autorów często pozostaje nieodgadniony nawet dla dorosłego z dyplomami ukończenia szkół wyższych. W drugiej klasie pojawia się też bonus w postaci autorskiej lektury pani Anny Mikita "Bajki w zielonych sukienkach" - to dopiero jest makabra!
Aby jednak nie szargać tak bardzo Szanownych Autorów, zwróciłabym uwagę na dwie rzeczy.
Pierwsza: doceńmy, że w ogóle sięgnęli po tę akurat książkę - być może dla niektórych rodziców będzie to impuls, by sięgnąć i po oryginał (przecież napisano skąd zaczerpnięto inspirację, a można było zmienić imiona i nikt by się nie domyślił)?
Druga: moje dwuletnie szkolne doświadczenie pokazuje, że dzieci i ich rodzice nie czytają w ogóle, a lektury nawet w drugiej klasie (całkiem przyzwoite, poza podanym wyżej przykładem) próbuje się załatwić internetową ściągą, a najlepiej streszczeniem. Oryginalni "Leon i kotka" polegliby więc moim zdaniem w przedbiegach; także jako tekst do czytania na lekcji (pamiętajmy że chodzi o dzieci, które w przeważającej większości dopiero uczą się czytać).
Tylko, że od tego co sama napisałam, wcale nie czuję się przekonana że tak trzeba:(

poza rozkładem pisze...

Nieee, dramatu nie ma ;) Siedmiolatek dość dociekliwy, ma matkę "walczącą", która mu spokoju nie dała i wierciła dziurę o porównanie oryginału ze "streszczeniem"...
Pytanie kto zrobił to jeszcze. Pytanie o to czy i jak ktoś kontroluje jakość treści podręcznika...

poza rozkładem pisze...

Nie wiem czy czyta nas nauczycielka mojego syna :) (pozdrawiamy)
Nie wiem jak wyglądała lekcja z tym tekstem.
Pakietowi "Odkrywam siebie" patronują szczytne idee. Nie wiem jednak jak rozwijać inteligencje wielorakie przy takim potraktowaniu porządnej książki...
Już cierpnie mi skóra (mnie - polonistce ;) na samą myśl o pytaniu "Co autor miał na myśli"...

poza rozkładem pisze...

Uff nie jestem sama ;) Wprawdzie zęby mnie nie bolą, a swędzą, ale może to ta sama przyczyna? Rozwiałaś też nieco moje obawy o lotność mego intelektu :)

Wydawnictwo jakoś może próbuje się rehabilitować: widziałaś zapowiedzi nowej serii "czytelniczej"? Przynajmniej zaczyna to jakoś wyglądać...
Mimo wszystko ponuro jakoś brzmi motto, które patronuje ich działaniom: „Bez kreatywności, nie byłoby świata"...

Jakoś nie wierzę, że wskazanie tytułu książki (w międzyczasie autorka zmieniała nazwisko, pominięto także ilustratora i wydawcę) zmobilizuje nieczytających do sięgnięcia po książkę. Przecież ich także może mdlić po zaserwowaniu takiego banału. Czy pytanie do tekstu niby sprawdzające rozumienie zmobilizuje ich do myślenia? Może do kreatywności, do średnio dotyczy tego streszczenia....

A w szkole na liście widnieją także całkiem przyjemne lektury. I Pani dzieciom czyta. Wiem przynajmniej o kilku przyzwoitych :)

Ja jestem przekonana, że trzeba jednak zawalczyć o zmianę szkoły - i tego co serwuje się dzieciom. Bo to, czy zetkną się z takim podręcznikiem jako sześcio- czy siedmiolatkowie już chyba ma mniejsze znaczenie.

Mama Kangurzyca pisze...

Wiesz, chodzi mi że dramat, co zrobiono z tym tekstem i ilustracjami. Czy tam jest w ogóle napisane, że historyjka jest czyms w rodzaju streszczenia książki? Bo jeśli nie, to ja np zobaczyłabym tylko głupiutką opowiastkę ze średnimi obrazkami i tyle. Nie znałam oryginału, więc kompletnie nie miałabym punktu odniesienia.
A po tym, co pokazałaś, to wynika, że z oryginały został tylko tytuł.
Jeśli to jest typowa procedura praktykowana w produkcji podręczników, to już się boję... :/

momarta pisze...

Masz na myśli "Odkrywam Czytanie"? Faktycznie, przynajmniej niektóre książki wyglądają nieźle, choć nie wiem czy teksty nie będą zbyt łopatologiczne. Trzeba by zajrzeć do środka.

Ja jeśli chodzi o szkołę, stoję nieco z boku. Zawodowo zajmuję się czymś zupełnie innym i czasu starcza mi tylko na to, aby zatroszczyć się o własne dzieci. Obserwacje jakie czynię, czynią mnie jednak ostrożną - nie wiem, czy nadmierne podniesienie poprzeczki nie byłoby wylaniem dziecka z kąpielą.
Poza tym moim zdaniem w drugiej klasie jest pod tym względem z z tym podręcznikiem znacznie lepiej - każdemu miesiącowi przyświeca jakaś myśl przewodnia, jest podsuwanych sporo różnych tropów. A że można by lepiej? Cóż, gorzej też można:)
Wydaje mi się jednak, że faktycznie lepiej wypada pod tym względem Nowa Era.
A już w ogóle najlepiej jest tam, gdzie dzieciaki stykają się z mądrymi pedagogami:) Są takie szkoły.

poza rozkładem pisze...

Mamo Kangurzyco - tak, odczytałam też Twoje intencje ;)
A Twój komentarz jest ciekawą odpowiedzią na rozważania Momarty... (poniżej)

poza rozkładem pisze...

Tak, ta seria. Obawy co do tekstu także podzielam...

Chciałabym, żeby mądry pedagog miał czas i możliwości organizacyjne (bo to zazwyczaj kontrargument), żeby w ogóle nie korzystać z podręczników w obecnej formie.

A podniesienie poprzeczki? Ależ ja nie wymagam, żeby czytali i myśleli nad Beckettem ;)

Fundament do podstawa: czyli edukacja przedszkolna (dzięki Ci Boże za Panią Mirkę!) i pierwsze lata szkoły. Potem można już tylko rozwijać zasoby. Jeśli nie zadba się zwłaszcza o dzieci, które nie mają "bazy" w domu w tych latach, to obawiam się o ich późniejsze szanse.
Idzie teraz "fala" dyskusji o szkole "z klasą"... Mam jednak wrażenie, że te pierwsze lata to ostatnia rzecz o jakiej chce się rozmawiać. Przecież "poważna edukacja" zaczyna się później...

Szanuję niezmiernie "naszą" nauczycielką przedszkolną: nie ma mowy o wprowadzeniu "kart pracy" czy jakichkolwiek podręczników(czy ktoś wie, że Podstawa Programowa dla przedszkoli wyklucza używanie takowych?).
Na studiach podyplomowych spotkałam cudownych nauczycieli matematyki, którzy udowodnili, że dzieci z ed. wczesnoszkolnej z klockami potrafią rozwiązać zadanie, przy którym inżynierowie rozkładają ręce i mówią "brak danej" - nie da się... ;)

Wiem, że są mądrzy pedagogowie. I takie szkoły :)

Maryś pisze...

Oby Ci starczyło siły... Niestety problem jest znacznie poważniejszy niż nam się wydaje. I mocno złożony. Swego czasu była taka polityka w szkołach, że wydawnictwa (a jest ich sporo) których podręczniki otrzymały "licencję na edukacje" kolędowały od do gabinetu dyrektorskiego prezentując gifty, aby szkoły wybierały ich jedyne i najlepsze podręczniki - tym sposobem mojemu synowi udało się 3 lata nauczania zintegrowanego odbyć z ekoludkiem, który nie tylko warstwą ilustracyjną, co językową mocno nie zachwycał. Mogłabym napisac książkę o mojej wieloletniej walce z tym procederem na przestrzeni "lokalnej", mimo, że miałam wsparcie dużej części grona pedagogicznego - wywalczyłam zmianę tylko na rok. Z wiadomych powodów. Moje argumenty mieszkały w słowach, przykładach nie upominkach...
jest jeszcze trzecia strona medalu. Redaktorzy tych publikacji. I jest czwarta... Wynagrodzenie twórców...
uwierz, że wiele bym dała, by to się mogło zmienić. Czekałam sporą część życia, że ludzie się zaczną buntować, że ktoś to poruszy, aż zwątpiłam. Zawzięłam się tylko na swoje ognisko domowe, by domową biblioteczką i "douczaniem" wzbogacić kształcenie mojego małego człowieka :)

poza rozkładem pisze...

Maryś wiem o tym, jak to się odbywa. Ale... znowu nie możemy generalizować. Ja w ogóle fanką podręczników nie jestem. Choć one są bardzo wygodne dla nauczyciela/ki obarczonych mnóstwem biurokratycznej pracy.
Gdybym ja byłą nauczycielką, zrezygnowałabym z nich. Dokładając sobie mnóstwa roboty. No, ale ja jestem "natchniona" i "zakręcona" jak ostatnio gdzieś wyczytałam ;)

Podręczniki wybierają nauczyciele sami (w części, z którą mam kontakt :) Kierują się różnymi przesłankami.
Nawet ładna i trzymająca poziom "Nowa era" ma błędy... Czasem nauczyciel po kilku latach chce zmiany - spotkałam się z takim argumentem, że praca z tym samym podręcznikiem może rozleniwiać...

Dziwi mnie tylko, że ludzie się buntują przeciwko temu, że dziecko może trafić do klasy mieszanej wiekowo (6- i 7-latkowie razem), a nie interesuje ich za bardzo co tam będzie robiło. Tak jakby przekroczenie magicznej granicy 7 lat wszystko zmieniało...

Maryś pisze...

Tak, tak wiem, że mogą zmieniać podręczniki i sami wybierać jest to zapisane w karcie - ale poza zapisami jest "polityk" - często też lęk o stratę pracy... Jest też coś, co było argumentem "u nas", że wszystkie Panie z "pionu" pracują na tych samych podręcznikach bo wymieniają się pomocami dydaktycznymi i opracowaniami i to ułatwia im też zastępstwa ;) Ten medal ma więcej niż dwie strony. Ja fanką podręczników nie jestem, a BYM chciała. Zapoznałam się (dawno) z całym zestawem didasko (często korzystają z niego szkoły prywatne) i byłam zaskoczona pozytywnie. Argument przeciwko didasko w "naszej szkole" był prozaiczny, estetyka tych książek nie przypadła do gustu gronu. Okazały się "zbyt trudne" "dla dzieci" - wtedy na chwilę opadły mi skrzydła. Ale masz rację. Buntujemy się chyba troszkę krok w krok za tłumem. Mnie dziwi, że nikt nie buntuje się szumnie przeciwko KOSZTOM podręczników i corocznym "zmianom programowym", które powodują, że zeszłoroczne podręczniki są nieaktualne i nie można ich taniej odkupić. Że dzieci, których rodziców zwyczajnie nie stać na wydanie 500 zł na nowe podręczniki są w szkołach szykanowane i nie ma dla nich wsparcia. Jest taka góra spraw okołoszkolnych, która mnie "rujnuje", zasmuca, zatapia w bezradności, że wisienką na torcie jest treść i szata graficzna :)
I wybacz, że ja się tak tu rozpisałam, może nie do końca w sercu tematu :)

poza rozkładem pisze...

Dobrze, że się rozpisałaś. Ale mnie się coś chyba ostatnio żółć ulewa. A może za bardzo się przejmuję tymi "zeszytami ćwiczeń", które jednak mimo wszystko szybko zostaną rzucone w kąt?

Czytałam wczoraj o zaletach nowej serii, z którą przyjdzie nam pracować:
https://ksiegarnia-edukacyjna.pl/cykle/oto-ja/881

Jakoś ze zgrozą myślę o tym, że totalnie demotywujące dostać tak na wszystko na tacy. Gdzie nowatorstwo? Poszukiwanie? Albo może to moje staroświeckie myślenie i inne doświadczenia ze studiów i praktyk?
A Koszty... W cenę produkcji podręczników trzeba chyba doliczyć wszystkie dodatki, które mają "przekonać" szkołę do korzystania z tego a nie innego podręcznika.
A może to bierze się z biedy polskiej szkoły?
Tylko ja jako rodzic czuję się nie raz jak dojna krowa... (przepraszam wszystkie krowy)

aneta pisze...

Ha! Ja cały czas burczę, że w walce o to, żeby sześciolatki nie szły do pierwszej klasy gubimy ważniejszą kwestię - problem dostosowania nauczania - warunków i treści do dzieci, obojętnie ile mają lat. Moim zdaniem 7 lat nie jest jakąś magiczną granicą, za którą już wszystko jedno co się dzieje z dzieckiem. Dlaczego tylko o sześciolatki należy zadbać?

poza rozkładem pisze...

Właśnie Aneto, właśnie...
Też nie rozumiem tego "magicznego" myślenia i zaklinania rzeczywistości: "będzie miało 7 lat to sobie poradzi"...

miejskiewiejskie pisze...

o tym poście mwiłam:)
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za pomoc w wyborze książek.

poza rozkładem pisze...

Proszę bardzo :)
Jak znajdę czas pokażę nowe podręczniki - całkiem, całkiem. Dzieci mają frajdę. Ja nie dostaję dreszczy jak na nie patrzę. Trzeba tylko się jeszcze wczytać.

Rubella pisze...

Oj, niestety rezygnacja z podręcznika nie jest taką prostą rzeczą, na jaką wygląda...
Ja chciałam zrezygnować z zeszytu ćwiczeń, bo moim zdaniem nic nie wnosił, w zamian chciałam użyć własnych, w moim odczuciu lepiej dobranych dla danych grup materiałów...
I co? Pozostałe anglistki (a są jeszcze dwie) nie chcą rezygnować z ćwiczeń, więc mnie nie wolno ich odrzucić. A dlaczego? Oto argumenty pani dyrektor, wcale niepozbawione logiki: Przyjdzie mama ucznia Z., którego uczę ja - czyli bez ćwiczeń i pochwali się mamie ucznia X., którego uczy inna pani - ta z ćwiczeniami. I zaraz mam X. przybiegnie na skargę, że ona musi wydawać pieniądze, a mamy moich uczniów oszczędzają... A poza tym umowa przedmiotowa jest na całą szkołę z danego przedmiotu jedna i ta sama, niezależnie od tego, kto uczy tego przedmiotu. A w niej jest określone, jakie są podręczniki. Jest to też zatwierdzone w Szkolnym Zestawie Podręczników.

A co do rozleniwienia nauczyciela po paru latach pracy z tą samą książką - zgadzam się w 100%!

poza rozkładem pisze...

Straszne jest to, co piszesz. Choć pewnie większość zdaje sobie sprawę "z uwikłań" i powiązań.
Argumenty Pani dyrektor potraktowałabym jako mobilizacją dla innych nauczycieli... Do wyrwania się z rozleniwienia potrzebny impuls. Może warto jednak forsować swoje? (ja w to wierzę!)