1 listopada 2010

Zuzanka - córka anty-matki Polki

Dwa domy, zapracowana mama nie-zwyczajna z kolejnymi "narzeczonymi", oddany tata z nową rodziną, niezwykła babcia, która "wszystko umie", wierne przyjaciółki, rodziny sąsiadów ze swymi problemami - cały przekrój współczesności. Pełna humoru i zdrowego dystansu opowieść o tym, jak skomplikowany jest świat dorosłych i nie mniej - ich dzieci. 


il. ze strony wydawnictwa Literatura





"Zuzanka z pistacjowego domu" Barbary Gawryluk to książka, która zdobyła w tym roku Ogólnopolską Nagrodę Literacką im.Kornela Makuszyńskiego. Jak można wyczytać w uzasadnieniu jury za "za obalenie stereotypu, że rozwód rodziców oznacza nieszczęśliwe, traumatyczne dzieciństwo (...)".
Gdyby nie nagroda, nie wiem czy sięgnęłabym po książkę, bo ilustracje Małgorzaty Flis, zwłaszcza okładka, nie jest tym, co mnie do tej pozycji przyciąga (a stać ją na więcej).
Barbara Gawryluk  to postać znana w świecie literatury dla dzieci, nie dość, że prowadzi jedną z najlepszych audycji radiowych o książkach dla dzieci ("Alfabet"), to i jest autorką kilku ważnych pozycji. 

Główna bohaterka, ośmioletnia Zuzanka relacjonuje swoją codzienność, opowiada o mamie, która dalece odbiega od stereotypów matki Polki, oddanym tacie, stale obecnym w jej życiu, ich stosunkach po rozwodzie i o swoim odnajdywaniu się w skomplikowanym świecie dorosłych. 
Zuzankę sklasyfikowałam sobie jak "młodszą nastolatkę", odkryła już swoją osobność i w narracji w książce Gawryluk dobitnie ją widać. Zuza eksperymentuje z koleżankami, zaczyna ją fascynować świat kolorowych gazetek, dostrzega różne relacje pomiędzy płciami. Zuzanka ma proste życzenia - marzy o psie i o tym, żeby mama miała więcej czasu. 
Z przymrużeniem oka opisuje zapracowaną rodzicielkę, która co znamienne, tylko za karę jest nazywana "mamą", a na co dzień jest Marylką. Ta anty-matka Polka, ciągle zapracowana (i lubiąca swoją pracę w telewizji), nie mająca czasu, umawiająca się na randki z kolejnymi narzeczonymi odbiega od wizerunku zwyczajnych mam, wracających popołudniami do domu, gotujących obiady i pilnujących dzieci na placu zabaw. 

Zuzanka często jest dość pobłażliwym krytykiem swojej rodzicielki. Zuza odkryła już dawno swoją oddzielność od rodziców, patrzy momentami na ich poczynania jak na zabawy niesfornych dzieci w piaskownicy. Momentami jest bardziej dorosła od niejednego dorosłego. Nie ma jednak w tym nic z ponurej wizji rozpadu rodziny. Jest i szczerość - po rozwodzie trudno sobie poukładać życie, ale i ciepło - można jednak je sobie poukładać i żyć w normalnych, pełnych sympatii relacjach.



Sytuacja, w której znalazła się Zuzanka może wydawać się nam dziwna, niewygodna, dyskomfortowa - tata ma nową rodzinę, żonę, małe dziecko. Jednak w książce Gawryluk wszystko jest normalne i "po prostu". 
Tata Jarek jest po prostu tatą - ich relacje są bliskie i pełne ciepła. 
Gdzieś może się czaić żal, że tata nie jest sam, że musi się nim dzielić, ale to jedynie cień uczuć, który uwiarygadnia sytuację Zuzanki.Tata jest "super" bo zjawia się wtedy, kiedy Zuzanka go potrzebuje - kiedy jest chora, spełnia jej małe marzenia. Jest kimś niezwykle ważnym. Zuzanka pamięta jeszcze o tym jak byli wszyscy razem, gdzieś w głębi duszy zastanawia się jak by było, gdyby nic się nie zmieniło.

Zuzanka jest jednak trzeźwym krytykiem otaczającego świata. Jest narratorką i relacjonuje to, co ją otacza. Opowiada o zapracowanej mamie, zapracowanym tacie, który chętnie wymyka się z nowego domu, od marudzącego niemowlaka. Nie dowierza, że rozwrzeszczany dzidziuś w nowego związku taty to jej brat. Próbuje sobie wszystko poukładać - jak ma się zwracać do partnerki taty, próbuje zrozumieć dziwne zakręty życiowe innych rodzin. 

Bo świat w książce Gawryluk  potrafi "pięknie się różnić". I właściwie każdy jest na swój sposób nienormalny - żyje albo w niepełnej rodzina, albo w "zwyczajnej", ale przodującej w "dziwności"... 
Ciepło, jakie bije z książki Gawryluk wynika chyba z takiej wizji świata, gdzie nikt właściwie nie jest "inny", po prostu każdy jest indywiduum ze swoimi problemami. I kolezanki ze swymi rodzinami, i znajomi ze szkoły, i nowi sąsiedzi z "egzotycznym", zagadkowym synem. 
Niezwykle ważne jest to, że każdy ma swoje miejsce. Są tęsknoty, są marzenia, próby wyobrażenia sobie "co byłoby gdyby", ale jest i w tym wszystkim pistacjowy dom. Dom, którego wszyscy zazdroszczą...

"Czy życie dorosłych musi być takie skomplikowane? Chyba nie chcę  jeszcze być dorosła" - mówi w pewnym momencie Zuzanka. I poprzestaje w roli krytycznej obserwatorki, lubiącej "ten familijny bałagan", bo może poczuć się kochana. Okazuje się, że miłość i poczucie bezpieczeństwa dziecka daje przede wszystkim taka rodzina, w której ze spokojem akceptuje się kim się jest i kim jest drugi człowiek. 
Książa Gawryluk to ważna lekcja dla rodzin, także dla tych "pełnych".






Dziękuję wydawnictwu Literatura za udostępnienie książki do recenzji


"Zuzanka z pistacjowego domu" Barbara Gawryluk, il. Małgorzata Flis. Wydawnictwo Literatura, Łódź 2009.

7 komentarzy:

Karolina.ja pisze...

Świetnie, że zrecenzowałaś tę książkę. Byłam jej ciekawa, a na razie nie mam do niej dostępu.

Co do ilustracji - patrząc na listę nominowanych zastanawiam się czy naprawdę jest aż tak źle? Tzn. wiem, że mamy świetnych ilustratorów. Tylko dlaczego te "najlepsze" polskie książki wyglądają tak tragicznie.

Może w przyszłym roku będzie lepiej. Tym razem to była tragedia.

Multa pisze...

Hmm... nie wszystkie nominowane książki są tragiczne (choć nie znam ich, nie czytałam, ale mam wrażenie, że książka Elizy Piotrowskiej na pewno nie straszy... ;)
Niemniej zastanawiające jest jakimi kryteriami kierowali się członkowie jury, typując "najlepsze książki" spośród 62 zgłoszonych...

Jak dla mnie, im książka "poważniejsza" (przeznaczona dla starszych dzieci), tym ilustracje traktuje się mniej poważnie. Książka przestaje być spójnym projektem, staje się tekstem (oczywiście nie dotyczy to wszystkich pozycji)

Karolina.ja pisze...

Szczerze mówiąc ja widziałam tylko trzy z nominowanych książek. Może z tą tragedią przesadziłam, ale np. sądząc po okładce książka Lecha Zaciury ma fatalne ilustracje. Zastanawiam się, czy takie książki powinny być promowane. Być może tekst jest świetny, ale z opisu książki i recenzji klientów na merlinie wynika, że jest ona skierowana do dzieci ok. 9-cio letnich. W tym momencie jeszcze ilustracje są bardzo ważne. Zastanawiam się czy świetny tekst, ale z kiepskimi ilustracjami powinien być nominowany do takiej nagrody. Aczkolwiek mając do wyboru kiepską historię ze świetnymi ilustracjami i sytuację odwrotną - to jest dobry wybór. Zastanawiam się czy naprawdę z poziomem polskich książek jest tak źle, żeby trzeba było podejmować takie decyzje. Chyba tak.

Z drugiej strony - pomijać dobre książki, bo wydawca skrzywdził je ilustracjami? Ale może to by czegoś nauczyło wydawców? Chociaż ta nagroda ma chyba minimalny wpływ na sprzedaż książek, więc znów wątpię.

I zgadzam się z tym, że w starszym wieku ilustracje praktycznie nie mają znaczenia - liczy się sam tekst, ale wśród tych książek tylko dwie są dla starszych dzieci.

Patrzę na listę wszystkich propozycji do nagrody i zastanawiam się czy oni naprawdę nie mieli żadnego manewru?

Multa pisze...

Wczytywałam się w listę książek nie nominowanych, a zgłoszonych do nagrody. Praktycznie nie ma wśród nich pozycji "małych, ambitnych" wydawców (poza Czerwonym Konikiem). Pytanie - dlaczego?

Być może kluczem jest skład jury? Preferencje osób dokonujących wyboru?

Zresztą jak można przeczytać różne wypowiedzi, ilustracje wzbudzają różne emocje... Niektórzy mogą się oburzyć, że ujmujemy coś pozycją, które spełniają "standardy" rynkowe.
Wiele tu zrobienia...

Karolina.ja pisze...

O ile się nie mylę, do nagrody książki zgłaszają wydawcy. W tym momencie nieobecność pozycji wydawanych przez jakiekolwiek wydawnictwo - jest wyłącznie winą wydawcy.

Poza rozkładem, pisze...

Tak sobie myślę, na ile chodzi o "winę", a na ile - brak zainteresowania taką czy inną nagrodą...

Zastanawiam się, jak wydawcy patrzą na konkursy i kwestię ich "opiniotwórczości"...

Karolina.ja pisze...

Prawda jest taka, że te konkursy raczej opiniotwórcze nie są, ale to wina księgarzy i bibliotekarzy oraz oczywiście mediów, które o konkursach związanych z książką dziecięcą "zapominają" wspomnieć. Rodzice nie wiedzą, że się one odbywają, więc nie pytają o książki laureatów. Jeśli chodzi o winę księgarzy i bibliotekarzy - zauważyłam, że kiedy wspomnę, że dana książka jest laureatem jakiegoś konkursu to jest ona brana od razu (przez rodziców, dzieci mają inne kryteria, nie da się ich skorumpować konkursem ;).

Z drugiej strony myślę, że dla małego wydawnictwa każda forma promocji powinna mieć znaczenie, więc jednak nie rozumiem, dlaczego wiele ciekawych książek nie zostało zgłoszonych. Może trzeba by zapytać takie wydawnictwa? Może nie wiedzieli o konkursie, może przespali termin zgłoszeń? Nie wiem...