19 lutego 2014

Alfabety







Podobno niektórzy nie mogą zrozumieć co może być interesującego w robieniu kolejnych książek o literach. Pozostają w głębokim zdziwieniu dopóty, dopóki nie mają własnych dzieci i zaczynają towarzyszyć im na etapie "wszędzie dokoła znaki, które coś znaczą". Wtedy zaczyna się zabawa...


Jury bolońskie także darzy sympatią "abecadłowe" książki. W tym roku cieszymy się z sukcesu wydawnictwa Stowarzyszenia Czulent (nietypowa książka, bo opowiadająca o alfabecie hebrajskim/jidisz - a nie łacińskim). W ubiegłym roku zwycięzcą kategorii Opera Prima Bologna Ragazzi Award  okazał się Paul Thurlby ze swoim "Alfabetem".








Przyznam, że nie podzielam zachwytu tą książką. Choć widzę jej potencjał jako produktu. W kontekście sprzedaży. I tego jak produkt "wygląda". A "Paul Thurlby's Alphabet" jest odpowiedzią na wyraźnie obecne (może niekoniecznie jeszcze u nas - patrz fora wnętrzarskie i pokoje dziecięce, brrr) myślenie o książce jako elemencie wystroju pokoju dziecięcego, kreowania wizerunku tegoż dziecięcia i temacie "lafstajlowych" wpisów (także blogowych).

"Paul Thurlby's Alphabet" jest vintage. I pewnie w jakiejś części jest odpowiedzią na popularny trend w urządzaniu wnętrz.  Podzielony, na części, dostępny w plakatowej formie, może zdobić ściany samodzielnie. Choć niektórzy (prosty rachunek ekonomiczny) kupują po prostu dodatkowy egzemplarz książki, by podzielić, oprawić i powiesić.

"Paul Thurlby's Alphabet" ma swoją "internetową",  "wnętrzarską" i "książkową" historię. Wszystkie razem - sporo mówią o współczesności.  Litery, początkowo, w ewoluujących wersjach, dostępne w Internecie, zaczęły "robić karierę" i rozprzestrzeniać się na designarskich blogach  i tych poświęconych ilustracji. A agent literacki Paul Thurlby'iego zamieścił alfabet na blogu Apartment Therapy (znaczące). I z tego narodziła się książka... 

Jeśli przyjrzycie się kolejnym literom wyraźnie widać wpływ designu i ilustracji z połowy XX wieku. Sam autor określa swój styl jako "retro-modern", przyznając się, że skupował stare książki z charity shops tylko po to, aby użyć ich okładek  czy kawałków starych papierów. 
Niektórych to zachwyca, inni próbują dystansować się do tych mocno podkręcanych, dosłownych, cytatów - przyznają, że może i to kicz, ale cudnie uroczy. 

Co kryje się więc za sukcesem "Paul Thurlby's Alphabet"? Twórcze przekształcenie liter czy tekstura, typografia, talent do wykorzystania tego, co już było? W tym ostatnim punkcie można by mnożyć przykłady.

"Paul Thurlby's Alphabet" Paul Thurlby, Templar Publishing 2011.


Strony z niedawnej reedycji w wydawnictwie MeMo, książki wydanej w 1935 roku, "Faites votre marché" Nathalie Parain. Ciekawa autorka i ilustratorka, ciekawa koncepcja książki - zabawki.  






A to niedawna rodzima produkcja Ładnego Halo, także oferująca zabawę, ale już w nieco innym charakterze. 








21 komentarzy:

Mała czcionka pisze...

Ciekawa uwaga, tylko powstaje pytanie gdzie przebiega granica między lifestylowym produktem a Książką przez duże K? Moim zdaniem "Sklepy" łapią się jednak do kategorii produktu.

poza rozkładem pisze...

Na to pytanie odpowiedzieć sobie musi każdy indywidualnie. Ja sugeruję, że warto nad tym się zastanowić :)
"Sklepy" znam tylko z prezentacji w sieci. Rzucił mi się w oczy powtórzony (w pewnym stopniu) koncept. Znamienne, że podobna książka, dzięki kontekstowi, znaczyć może coś innego.

Mała czcionka pisze...

Zdecydowanie warto.
A sekret jak zwykle tkwi w oryginalności lub jej braku. Powtórka zawsze smakuje gorzej. Tyle tylko, że w pewnym momencie odbiorcy zaczyna zacierać się różnica między oryginalnym a powielonym pomysłem i wszystko zlewa się w jedną często niestrawną papkę. No bo ile razy można...

poza rozkładem pisze...

Czyli Tobie powielanie pomysłów nie smakuje?
A myślisz, że większość odbiorców jest skłonna w ogóle dostrzec problem wtórności? Po pierwsze - muszą wiedzieć, że coś już było...

Joanna Guszta pisze...

Książka jest tym co przeczyta w niej odbiorca. Jestem pewna, że wiele osób "Sklepy" łyknie jako produkt, który ładnie zaprezentuje się na zdjęciu z dzieckiem. Dla każdego u kogo wywoła najbanalniejsze ciepłe wspomnienie, będzie już czymś więcej. Dla malucha, który kiedyś dorośnie i ją zapamięta, sama może będzie ciepłym wspomnieniem. Czy pretenduje do książki przez duże K? Dla mnie to po prostu książka. Czy ma ambicje wyznaczania jakiejś nowej jakości w komunikacji wizualnej? Nie ma :) To skromna książka o sklepach, która sprawiła nam wielką przyjemność i dla niektórych czytelników też może mieć mimo wszystko pewną swoją wartość. Oprócz francuskiego natknęłam się też brytyjski i amerykański odpowiednik. Jestem pewna, że było tych książek więcej. Ktoś z sentymentem opowiadał, że miał podobną w dzieciństwie. Ma poszukać w piwnicy. We wszystkich jakie widziałam jestem zakochana, bo ten temat jakoś dobrze na mnie działa. Nieobiektywnie myślę sobie, że "Sklepy" nie są gorszą książką od zagranicznych książek-koleżanek. W Polsce akurat dostępna jest na ten moment jedynie wersja sklepów widziana oczami Ładne Halo, więc chyba mało kogo rozdrażni swoim zlaniem się z czymś. Ten "matematyczny" w kompozycji styl Maćka jest jednak dość charakterystyczny. Czy talent do wykorzystania tego co już było? Właściwie to się zgadzam :) Na pewno wymaga specyficznej wrażliwości, nie każdemu danej. Na pewno też ma ją Paul Thurlby :) Jak wiadomo "wszystko już było" więc trzeba mieć do wszystkiego dystans. Pozdrawiam!

Joanna Guszta pisze...

Czy to nie fajne odnajdywać w tym co jest, tego co już było? Skojarzenia to jedna z lepszych zabaw :) Ja nie mam problemu z papką. Lubię zaskoczenie, ale też z przyjemnością chłonę wszystko pod warunkiem, że dobre. Chyba tak już jest, że nagrody należą się tym co tworzą nowe albo osiągają mistrzostwo w tym co stare.

poza rozkładem pisze...

Asiu, jeżeli chodzi o moje preferencje: tak, cytat może być ciekawą i fajną zabawą w skojarzenia. Jeśli będzie czymś więcej niż cytatem.
A więc jednak... zaskoczenie. Tak, cenię je. I odkrywczość w wykorzystaniu tego, co już było.

A co jest wyznacznikiem tego, co >>dobre<<? Jakie są Twoje kryteria?

poza rozkładem pisze...

>>Książka jest tym co przeczyta w niej odbiorca<<
Oj, teoria konkretyzacji dzieła literackiego Ingardena jest chyba trochę bardziej skomplikowana ;) Boję się takich uproszczeń (ale może moje wyobrażenia są zbyt śmiałe w tym kto i co móglby wyczytać w niektórych książkach).

Myślę, że nasze różne wrażenia co do pewnych zjawisk wynika z przyjęcia różnych perspektyw. Można przyjąć postawę badawczą i estetyczną. I ta ostatnia jest postawą "czystego konsumenta estetycznego", co chyba sprawdza się w tym, co piszesz

>> Jestem pewna, że wiele osób "Sklepy" łyknie jako produkt, który ładnie zaprezentuje się na zdjęciu z dzieckiem.<<

Nie neguję takiej możliwości :)

Być może Twoje tłumaczenie wynika z niezrozumienia, że jednak ja (nie wiem jak Mała czcionka) mam pewne oczekiwania wobec Książki - szukam czegoś istotnego. Także elementu zaskoczenia. I nie zawsze muszą to być wielkopomne-dzieła-dotykające-spraw-ostatecznych. ;)

Ingarden miał swoją teorią, że są dzieła literackie i dzieła sztuki literackiej. I należy mylić jednego z drugim. Nie śmiem twierdzić, że ja mam jakąkolwiek teorię. Ale dzielę sobie (na swój prywatny użytek) książki na te istotne i nie. Tych pierwszych szukam i badam ich możliwości.

Nie wierzę już postmodernistom i temu, że "wszystko już było". Chyba wyrosłam z tego :) Choć Italo Calvino nadal lubię. Za pokazywanie, że cytat może być twórczo i zaskakująco wykorzystany.

Mała czcionka pisze...

Ostrożnie podchodziłabym do stwierdzenia, że "wszystko już było", bo to pułapka, która upraszcza świat i skłania do szukania inspiracji w innych a nie w sobie. Przypomniała mi się wypowiedź Iwony Chmielewskiej w jednym z wywiadów. Przyznała się, że nie przywozi już do domu stosów książek i nie przegląda ich zachłannie, że ostatnio więcej stara się przebywać ze sobą i własnymi myślami.
Co zaś się tyczy dostępności książek i tego, że "Sklepy" są jak dotąd jedyną publikacją o tym charakterze na polskim rynku, to również mam wrażenie, że to pułapka. Dzisiaj rynek książki trzeba jednak rozpatrywać nieco szerzej, jeżeli w ciągu kilku dni można mieć w swojej skrzynce pocztowej dowolną zagraniczną publikację. I oczywiście to co pisze Poza Rozkładem jest prawdą, że większość odbiorców nie dotrze do pierwowzorów, nie wyczuje wtórności, ale czy to oznacza, że problem nie istnieje? Dlatego osobiście szukam dla siebie i swoich dzieci książek, które wnoszą nową jakość, nawet jeśli bazują na znanych trendach, schematach i stylach.

Joanna Guszta pisze...

Ania, rozumiem różnice w naszych punktach widzenia i szanuje twoje wymagające podejście do książek. Nie traktowałabym mojej wypowiedzi w kategorii tłumaczenia, bo nie staram się przekonać Cię do swojej perspektywy. Raczej naszło mnie aby się nią podzielić :) Pewnie ze względu na to, że wywołane zostały "Sklepy". Nie chcę mylić dzieł literackich z dziełami sztuki literackiej. Uważam, że trzeba je rozróżniać, ale uważam, że oba są użyteczne. Że jest miejsce też dla nas :) Nie oczekuję awansu dla naszej książki i nie dla tego się włączyłam do rozmowy :)

Lubię i doceniam rzeczy "ładne" ale jednak nie uważam swojego spojrzenia na książki za przykład postawy wyłącznie estetycznej. Wolałabym ją nazwać perspektywą wrażeń. W szerszym kontekście niż tylko estetycznym. Oceniam książki spontanicznie, bywa, że jeden autentyczny kard albo zdanie, przenoszą mnie w jakieś takie miejsce w moim świecie wspomnień albo wyobraźni o którym zapomniałam. I wtedy jestem za to książce wdzięczna. Nawet jeśli to był akurat największy banał i nawet, kiedy to jest nieistotne. Czasem nawet, kiedy to już było. W tym sensie książka wymyka się dla mnie badaniom.

Joanna Guszta pisze...

Myślę, że od strony rzemiosła obie w miarę obiektywnie potrafiłybyśmy to ocenić. Różnice pojawiłyby się w ocenie strony artystycznej. Oglądam bardzo dużo ilustracji. Dużo dobrych i prawie tyle złych. Tych złych dociera do mnie na tyle sporo, aby doceniać te dobre, nawet jeśli mam przed nosem trzy książki o sklepach z witryną i sklepikarzem. Zwykle moją aprobatę budzą wtedy drobne rozwiązania, techniczne wybory ilustratora, różnice. Przypominam sobie wtedy, że nie ma dwóch takich samych płatków śniegu i o tym, jak niesamowicie podobne i niesamowicie różne są te ilustracje. Wciąż sprawia mi frajdę odkrywanie, z jak różnymi osobami obcuje na tak zbliżonym gruncie. Dlatego rzadko generuje się dla mnie papka, bo może zbyt "rzemieślniczo" oceniam ilustracje, często jak grafiki.

Joanna Guszta pisze...

Do Małej Czcionki: Ja uważam, że pułapką jest kiedy wydawcy drukują książki zagraniczne zamiast podjąć ryzyko stworzenia nowej. Nie ma w świecie dwóch takich samych płatków śniegu. Jest to dla mnie równie prawdziwe i tajemnicze jak to, że wszystko już było. Tak widzę świat i to pozwala mi na dystans i do jednego i do drugiego stwierdzenia. To, że wszystko już było nie oznacza dla mnie drogowskazu, żeby iść na skróty. Kiedy jednak mam potrzebę opowiedzieć akurat o sklepach z perspektywy swojego płatka śniegu, to nie oglądam się na innych. Nie czytałam tych zagranicznych książek ani ich nie mam w swojej biblioteczce. Wiem, że są, bo przeglądałam je za granicą. "Sklepy" tworzą ilustracje + tekst, które są zbiorem nieistotnych doświadczeń dwóch osób. Proszę o tym nie zapominać, jako ktoś kto nie zaglądał do środka. Ci którzy czytali tekst domyślą się, że jest osobisty, a ci którzy śledzą prace Maćka Blaźniaka, wiedzą jak wygląda jego progres jako grafika i ilustratora. Nie zapowiadam po lekturze fajerwerków, ale wiem, że wielu osobom sprawiła przyjemność. Nie wymagam, żeby książka się podobała, ale nie zgadzam się, że powstała z błędnych pobudek (upraszczanie świata, wąskie myślenie o rynku książki).

poza rozkładem pisze...

No tak, ale ksiażka jest całością. Koncepcją. Nie zaś pojedynczą grafiką (ani ilustracją).

poza rozkładem pisze...

Asiu, "Sklepy" posłużyły mi jako przykład pewnego zjawiska (o którym staramy się rozmawiać?). I to wykorzystanie "tego, co już było" w kontekście tego, o czym piszesz (wywoływanie przeżyć - Twoich, jako współautorki i potencjalnego czytelnika) jest chyba ciekawym polem do badań. I refleksji.

a >>pułapką jest kiedy wydawcy drukują książki zagraniczne zamiast podjąć ryzyko stworzenia nowej<<
Z tym bym się nie zgodziła.
Dużo w ciągu choćby ostatnich 10 lat pojawiło się tłumaczeń książek ważnych i istotnych. Tematów, których rodzimi autorzy się boją (?), nie potrafią pokazać (?), nie myślą o dziecku jako partnerze do refleksji (?) nad nimi.
Żadna to pułapka drukować książki ważne i istotne, które po prostu rzadko (nie mówię, że wcale) w Polsce powstają.

Joanna Guszta pisze...

Fakt, poniosło mnie bo się brzydko zagniewałam na rozmówczynię Małą Czcionkę ;) To pozytywne zjawisko, a nie pułapka. Sama z niego z upodobaniem korzystam jako czytelnik :) Chcę tylko zasygnalizować, szerszy kontekst. I odnotować, że jak zawsze są dwie strony medalu. Próba zrobienia swojej książki na jakiś popularny temat nie zawsze jest pójściem na łatwiznę, wiąże się z ryzykiem niepowodzenia większym niż przedruk książki która odniosła już sukces. Nawet jeśli próba nie wyjdzie na medal, to nie powód żeby potępiać próbujących. Zwłaszcza za wąskie myślenie o rynku książki (co mnie tak niechlubnie zagniewało). Pozdrowienia!

poza rozkładem pisze...

Nie wiem czy ktoś "potępiał". Raczej pisałyśmy, razem z Małą Czcionką o naszych wrażeniach i oczekiwaniach.
Tak, nie w tonacji "hurra optymistycznej", ale podobno lepsza konstruktywne zwracanie uwagi na pewne zjawiska. Zachęca (?) do uważnego przyglądania się. I myślenia - zapewne obydwie strony, twórcę i odbiorcę :)

Joanna Guszta pisze...

To prawda :)

Joanna Guszta pisze...

Dzięki za rozmowę. Pomogła mi sobie poukładać to co już miałam w głowie, plus na pewno dała sporo nowego do myślenia :)

poza rozkładem pisze...

Sprawdzimy to w kolejnej ksiażce? :)

Joanna Guszta pisze...

mamy super autorów najbliższej książki :) będzie wyjątkowa!! sprawdzimy pewnie w kolejnej kolejnej. pozdrawiam!

poza rozkładem pisze...

Czy ta najbliższa to Wasza z Maćkiem książka o snach? ;)
Żarty na bok: czekam na odsłonięcie rąbka tajemnicy!

Pozdrawiam także :)